W weekend wybraliśmy się do lasu na grzyby. Tak samo jak kilka milionów Polaków. W lesie zrobiło się tłoczno.
Grzybów było tak dużo, że starczyło dla wszystkich.
Na farmie czekała na nas niespodzianka - w trawie znaleźliśmy mnóstwo maślaków.
Zdrowych maślaków nazbieraliśmy całe wiaderko.
Słoneczniki kolejno zakwitają, każdy ma trochę inne barwy.
Dojrzałe słoneczniki pozostawiliśmy dla ptaków.
Przykro patrzeć na bezmyślne wysypywanie śmieci do lasu. Opłata za wywóz śmieci jest przecież powszechna.
A tu meblowanie lasu. Można odpocząć.
Po powrocie z wakacji na nic nie starcza czasu. Odwiedzamy Farmę, doglądamy nasze rośliny, spacerujemy i cieszymy się ciszą. Ale po powrocie do Warszawy wpadamy w wir pracy i zapominamy o wklejaniu nowych zdjęć. Dziś hurtowo nadrabiamy zaległości.

Stan wody w Wiśle jest bardzo niski. Pychówki czekają na podróż na drugi brzeg.
Zakwitły słoneczniki przywiezione z Warszawy w maju. Lepiej późno niż wcale.
Przekwitają osty.
Szczątki młodego bażanta pożartego przez drapieżnika.
Na krzaczku, który zimą chcieliśmy wykarczować, pojawiło się mnóstwo owoców. To pigwa.
Pierwsze zbiory.
Owoce pigwy dojrzewały na okiennym parapecie w Warszawie.
A tak robił się syrop z pigwy.
A tymczasem na balkonie wyrosły wspaniałe pomidorki.
Ozdobne, doniczkowe mikrusy też dały wiele owoców.
Pierwszy nocleg w okolicy bindugi Bobrowa.
W sobotę robiliśmy zapasy drewna kominkowego na zimę.
Przez nasze ręce "przeszło" 12 m3 mokrego czyli ciężkiego drewna. Plusem mokrej buczyny jest przyjemny, leśny zapach. Zapach bukowego drewna roztacza się wokół budynku w starej bazie.
Układacze w trakcie przerwy.
A nad Wisłą zbierały się chmury.
Pogoda na Mazurach w lipcu przypominała raczej wrzesień.
W przerwie między opadami deszczu wybraliśmy się na spacer do lasu.
I odkryliśmy jagodowe pola.
Jagody zbieraliśmy do zaadaptowanych plastikowych butelek po wodzie mineralnej.
Palce zbieracza.